Każdego dnia utwierdzam się w przekonaniu, że wychowanie jest jak dobry jazz. Podobnie bowiem jak w dobrym jazzie żaden utwór nie będzie ...

14:25:00 by Kamil Czajkowski
Każdego dnia utwierdzam się w przekonaniu, że wychowanie jest jak dobry jazz. Podobnie bowiem jak w dobrym jazzie żaden utwór nie będzie wykonany dwa razy tak samo, tak i w wychowaniu nie będzie nigdy dwóch takich samych sytuacji, relacji i dylematów. W każdym oddziaływaniu wychowawczym mamy do czynienia z niepowtarzalnością materiałów genetycznych, środowisk, temperamentów i osobowości – zarówno wychowawcy jak i wychowanka. Podobnie więc jak najlepszy jazzman nie jest w stanie przekazać w żaden sposób innemu muzykowi tego, jak dokładnie wykonuje swoje utwory, tak najbardziej doświadczony wychowawca czy psycholog dziecięcy nie poda prostego przepisu na udane wychowanie bez porażek. Zmęczeni trudami wychowania rodzice pewnie chętnie przystaliby na matematyczny zapis nutowy partytur wychowawczych, podanych przez dyrygenta, które niczym w orkiestrze symfonicznej trzeba jedynie jak najdokładniej odtworzyć. Ja jednak cieszę się, że zamiast symfonii mamy jazz. 

Czytałem w pewnym wywiadzie z Milesem Davisem, że wraz z kolegami podczas jazzowych „jam session” co jakiś czas któryś z nich specjalnie wprowadzał fałszywy akord po to, by inni go usłyszeli i musieli sobie z nim jakoś poradzić, to znaczy ograć go innymi dźwiękami, by nie raził w uszy, lub też zagłuszać mocniejszym uderzeniem. Nadawało to, jak mówił Davis, życia i autentyczności muzyce. Nieznaczne fałsze, kakofonie i zgrzyty dodają jazzowi niepowtarzalnego charakteru - prawdziwości. Podobnie błędy, konflikty i zaburzenia w wychowaniu sprawiają, że proces ten staje się autentycznym dialogiem między dwoma osobami, a nie tylko zimną rzemieślniczą tresurą.

Bardzo często mówiąc o wychowaniu dziecka przywołuje się pojęcie normy: „Czy to normalne zachowanie?”, „Czy norma dopuszcza to w tym wieku?”, „Czy moje dziecko jest normalne?”, „Czy ja jestem normalnym rodzicem?”. Tymczasem okazuje się, że norma jest jedynie utopijnym konstruktem teoretycznym, matematycznym działaniem, beznamiętną i martwą statystyką - nie mniej abstrakcyjną niż pierwiastek z dziesięciu czy pi do kwadratu. Psychologiczne normy tworzone są jako wypadkowa danych matematycznych zgromadzonych na podstawie mniej lub bardziej adekwatnych testów i kwestionariuszy. Oczekiwanie, że norma będzie stanem optymalnej równowagi jest całkowicie nieuzasadnione. Wiele koncepcji psychologicznych, jak chociażby model salutogenetyczny Aarona Antonowskiego czy teoria dezintegracji pozytywnej Kazimierza Dąbrowskiego, podkreślają rzecz całkowicie przeciwną. Norma jest dla człowieka dynamicznym stanem braku równowagi. Norma jest szerokim zróżnicowanym polem pomiędzy niezwykle rzadkimi skrajnościami. Szczególnie w przypadku dzieci, których struktury psychologiczne dopiero się formują, pole normy jest niezwykle obszerne i aby zdiagnozować zaburzenie musimy mieć do czynienia z naprawdę dużą skrajnością.

Każda próba znalezienia idealnego pomysłu na wychowanie, idealnych rozwiązań sytuacji problemowych jakie się pojawiają w interakcji z dzieckiem jest z góry skazana na porażkę. Nie podważam zupełnie zasadności poszukiwania wiedzy, porad czy korzystania z doświadczeń innych – jak najbardziej uważam to za w najwyższym stopniu właściwe i niezbędne. Nie wolno jednak dokonywać prostych przełożeń technik wypracowanych przez innych i kopiować sprawdzonych metod w oczekiwaniu, że niezawodnie zadziałają także w naszej sytuacji.

Ponieważ fałsze w jazzie są elementem tworzącym tę muzykę nie mniej niż harmonie i zestrojone akordy, nie należy w wychowaniu oczekiwać własnej nieomylności i wyrzucać sobie popełnianie błędów. Kiedyś wśród kolegów i koleżanek psychologów wywiązała się rozmowa na temat własnych błędów wychowawczych. Konkluzja była taka, że ci którzy posiadają obszerną wiedzę teoretyczna na temat rozwoju dzieci, popartą niejednokrotnie praktyką i doświadczeniem klinicznym, popełniają sami wobec własnych dzieci wszystkie możliwe błędy i robią to nie zawsze - jakby tego można było oczekiwać - z pełną świadomością.

Uwielbiam jazz. Jest w nim coś co mnie pociąga, intryguje – potrafi on uchwycić całą gamę emocjonalności człowieka, jego tęsknoty i namiętności – udaje mu się nawet uchwycić w muzycznym wyrazie samą miłość. Wychowanie musi być jak dobry jazz, bo tylko wtedy będzie w nim miejsce na miłość – a wychowanie własnego dziecka musi być przesiąknięte miłością. Miłość nie może być sterylnie idealna, syntetycznie oczyszczona i perfekcyjna niczym czarno biała partytura w muzyce symfonicznej. Musi nieść ze sobą wszystkie konsekwencje tego co w nas ludzkie: bagaż naszych bólów i doświadczeń, ran wyniesionych z własnego wychowania, szaleństwo naszych marzeń i pragnień. Takie też musi być wychowanie.

Codziennie kładąc się spać przemyśliwuje wszystkie te momenty dnia w których moje ukochane małe oczka wpatrywały się w moją surową twarz ze łzami, albo śmiały się do rozpuku w odpowiedzi na moje zaczepki. Widzę w tych oczach radość i ufność, ale także lęk i smutek pomieszane ze sobą i jestem przekonany, że są odbiciem mojego spojrzenia zawierającego te same elementy. Zasypiam zmęczony po kolejnej batalii z dwulatkiem, a w głowie gra mi jazz....

0 komentarze:

Prześlij komentarz